[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nie jadłam od.Przedwczoraj na te tańce poszłam bez kolacji.Nie jadłam od obiadu w piątek - pomyślała.- A dziś jest niedziela."I przypomniały jej się znów dzwony bijące w chłodnych dzwonnicach na tle błękitu i gołębie nad tymi dzwonnicami, gruchające jak echa organowego basu.Wróciła do drzwi i wyjrzała.Zaciskając na so­bie poły płaszcza wyszła na ganek.Przez sień pobiegła na drugą stronę domu.Fronto­wy ganek zalewało teraz słońce i biegnąc z głową wy­suniętą patrzyła na obramowany drzwiami prostokąttego słonecznego blasku.W sieni było pusto.Dobiegła do drzwi na prawo od wejścia, wskoczyła do pokoju, zamknęła drzwi za sobą i oparła się o nie plecami.Na łóżku nie leżał nikt.W poprzek łóżka kłębiła się wypłowiała, pozeszywana z łat kołdra.Przy kołdrze leżała manierka obciągnięta suknem khaki i jeden pantofel.Sukienka i kapelusz walały się na podłodze.Podniosła sukienkę i kapelusz i spróbowała oczy­ścić je dłonią i rogiem płaszcza; potem zabrała się do szukania drugiego pantofla, odsuwając kołdrę, pochy­lając się, żeby zajrzeć pod łóżko.Znalazła go wresz­cie w kominku, wśród rozsypanego spopielałego dre­wna, pomiędzy podstawką do rożna i rozrzuconymi cegłami.Pantofel, jak gdyby ciśnięty tam czy kopnięty, leżał bokiem, prawie pełny popiołu.Wy­trząsnęła popiół, wytarła pantofel o płaszcz i poło­żyła na łóżku, po czym wzięła z łóżka manierkę i po­wiesiła ją na gwoździu na ścianie.Na manierce były litery US i jakiś zamazany, odbity matrycą numer.Zdjęła z siebie płaszcz i zaczęła się ubierać.Wąska w ramionach, długonoga, z małymi poślad­kami wysoko osadzonymi - mała dziecinna figurka, już niezupełnie dziecko, a jeszcze niezupełnie kobie­ta - poruszała się prędko, wygładzając na nogach pończochy i wciskając się w obcisłą, kusą sukienkę.„Teraz mogę znieść wszystko - pomyślała spokoj­nie, z jakimś tępym, znużonym zdziwieniem.- Mo­gę znieść po prostu wszystko."Z pończochy na udzie wyciągnęła zegarek na ze­rwanej czarnej wstążeczce.Godzina dziewiąta.Palca­mi uczesała zwichrzone loki, wyplątując z nich parę łusek bawełny.Wzięła płaszcz i kapelusz i znów za­częła nasłuchiwać pod drzwiami.Wróciła na tylny ganek.W miednicy była resztka brudnej wody.Wypłukała miednicę, napełniła ją świeżą wodą i umyła twarz.Na gwoździu wisiał bru­dny ręcznik.Wytarła się nim ostrożnie, po czym z kieszeni płaszcza wyjęła puderniczkę i właśnie siępudrowała, gdy poczuła na sobie wzrok kobiety w drzwiach kuchni.- Dzień dobry - powiedziała.Zobaczyła na ręku kobiety dziecko.Dziecko spa­ło.- Serwus, dzidziusiu mały.- Pochyliła się ku niemu.- Cały dzień będziesz lulał? Popatrz na Temple.Weszła do kuchni.Kobieta napełniła kubek kawą.- Jest pewnie zimna - powiedziała.- Chyba że pani chce sama rozpalić ogień.Wyjęła z piekarnika patelnię z chlebem.- Nie - powiedziała Tempie, małymi łykami po­pijając letnią kawę i czując, jak przez przewód pokar­mowy przelatują jej niczym luźny śrut małe, łasko­czące skrzepy.- Nie jestem głodna.Nie jadłam przezdwa dni i nie jestem głodna.Czy to nie dziwne? Nie jadłam przez.- spojrzała na plecy kobiety z przy­milnym, zastygłym grymasem uśmiechu.- Państwo nie mają łazienki, prawda?- Czego? - zapytała kobieta.Spojrzała na Tem­pie, na ten jej grymas uniżonej, przymilnej czelności.Wzięła z półki jakiś katalog reklamowy, wydarła parę kartek i podała jej.- Będzie pani musiała iść do staj­ni, tak jak my chodzimy.- Będę musiała? - zapytała Tempie biorąc pa­pier.- Do stajni?- Ich wszystkich nie ma - 'powiedziała kobie­ta.- Dziś przed południem nie wrócą.- Tak - powiedziała Tempie.- Do stajni.- Tak, do stajni - powiedziała kobieta.- O ile nie jest pani na to zbyt niepokalana.- Tak -.powiedziała Tempie.Wyjrzała z drzwi na polanę zduszoną zielskiem.Poprzez mrok cedrów jaśniał słonecznie sad.Włożyła płaszcz i kapelusz i biorąc te wydarte kartki, zadru­kowane kuponami na szpilki krawieckie i wyżyma­czki, i proszek do prania, poszła do stajni.W stajni za­trzymała się, zwijając kartki i zwijając, i dopiero podługiej chwili ruszyła między puste boksy, w któ­re zerkała bojaźliwie.Przeszła tak przez całą stajnię.Tyły otwierały się na ogromne kępy bielunia z obfi­tością białego i niebieskiego kwiecia.Wyszła znów w blask słońca, w chwasty.Stopami prawie nie dotyka­jąc ziemi zaczęła biec poprzez te chwasty, siekące ją ogromnymi wilgotnymi kwiatami o nieprzyjemnej wo­ni.Pochyliła się i prześliznęła pod ogrodzeniem z obwisłych zardzewiałych drutów i zbiegła zboczem wśród drzew.U stóp wzgórza szeregiem świetlistych plam w miejscach, gdzie padało słońce, wiła się jak gdyby przez środek małego wąwozu wąska bruzda piasku.Tempie stanęła na piasku i słuchając ćwierkania ptaków w zieleni liści prześwietlonych słońcem ro­zejrzała się wokoło.Potem poszła za występ zbocza tym suchym strumykiem, w zakątek osłonięty pląta­niną głogów.Pośród świeżej zieleni zwieszały się z gałęzi w górze suche, zeszłoroczne liście, które jeszcze nie opadły na ziemię.Przez chwilę stała tam, niele-dwie z rozpaczą zwijając i zwijając w palcach kartki katalogu.Gdy się podniosła, zobaczyła nad masą roz­migotanych liści przy krawędzi rowu zarysy skulone­go mężczyzny.Przez ułamek sekundy stała i patrzyła na samą sie­bie wybiegającą z ciała, z jednego pantofla.Patrzyła na swoje nogi, które przebiegając kilkanaście jar­dów po piasku błyskały w cętkach słońca.Raptownie zakręciła i pobiegła z powrotem, porwała pantofel, zakręciła się i popędziła znowu.Mignął jej dom od strony frontowego ganku.Sie­dział tam na krześle niewidomy, z twarzą wystawioną w słoneczny blask.Zatrzymała się na skraju lasu i włożyła pantofel.Przebiegła przez zarośnięty chwastami trawnik, wskoczyła na ganek i do sieni.Dobiegając przez sień do kuchennego ganku zobaczy­ła, że w drzwiach stajni stoi jakiś mężczyzna i patrzy chyba na dom.Dwoma wielkimi krokami przeszła zdyszana przez ganek i zastała w kuchni kobietę,z papierosem w ręce, z dzieckiem na kolanach siedzą­cą przy stole.- On mnie podglądał! - powiedziała.- Podglą­dał mnie przez cały czas!Oparła się o ścianę przy drzwiach i wyjrzała z ku­chni, po czym podeszła do kobiety, blada i mizerna, z oczami jak dwie dziury wypalone cygarem, i poło­żyła rękę na zimnej kuchennej płycie.- Kto podglądał? - zapytała kobieta [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • andsol.htw.pl